Myślałem, że sondaże od czasów kampanii prezydenckiej niczym mnie nie zaskoczą. Dzisiaj to się zmieniło. Portal onet.pl opublikował dziś sondaż, dotyczący tego jak patrzą na kwestię istnienia narodowości Śląska patrzą wyborcy danych partii. Wynika z niego, że prawie 1/4 "wyborców PiS" biorących udział w tej ankiecie jest za narodowością Śląską. Jest to dość śmieszne z uwagi na to, że wyborcy PiS są bardzo bliscy stanowisku PiS. Nawet ci bardziej centrowi, których bym usytuował jako środowisko oparte na PO-PiS-owym stanowisku reprezentowanym przez chociażby "Rzeczpospolitą".
Ten sondaż jest po prostu zwyczajną podpuchą. Instytucja badań opinii publicznej straciła na znaczeniu. Trzeba pogratulować pracowniom sondażowym czarny PR umieją sobie robić, jak mało kto. Jak jakiś polityk będzie chciał popełnić wizerunkowe "seppuku" powinien zgłosić się do nich.
środa, 27 kwietnia 2011
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Czego chcę od PiS? Czyli o nowej "frakcji" parę słów
Do tej notki zainspirował mnie artykuł na dziennik.pl, dotyczący powstawania nowej "frakcji" w PiS. Dlaczego frakcji piszę w cudzysłowie? Ponieważ do budowy czegoś trwałego, mającego pozycję, a tylko taki twór w PiS można nazywać frakcją, jak dla mnie. Na razie jest to mała grupka z min. Maksem Krzaczkowskim. To jest dobra wiadomość, ponieważ musi nastąpić nakierowanie na sprawy gospodarcze, które będą istotne w kampanii wyborczej.
Pozostaje tylko jakie kryterium będzie wzięte pod uwagę przy strategii PiS- odnośnie kampanii w sprawach gospodarczych. Czy dotarcie do elektoratu roszczeniowego? Czy też liberalnego, młodego, dążącego do dorobku, po prostu takich jak ja?
Pierwsza opcja wydaje się prosta ze względu na zbliżające się załamanie finansów państwa i związany z tym konstytucyjny nakaz wprowadzenia budżetu bez deficytu. Tylko pytanie czy wyborcy odczują to na tyle dotkliwie przed wyborami, by zagłosować na PiS? Obawiam się, że będzie to tak bardzo kryte, że wyborcy nie będą nawet wiedzieli o zbliżającej się zapaści.
Przy okazji tej opcji należy rozważać sens takich populistycznych propozycji jak podatek od banków czy dodatek drożyźniany, które będą tak naprawdę prędzej czy później uderzać w polskiego podatnika. A tego typu rozwiązania na "tu i teraz" nie mogą być realizowane w jakikolwiek sposób. W sumie wystarczy tylko tzw. czarny PR w postaci dokładnie zaplanowanych akcji związanych z drożyzną, stanem portfeli polaków. Powtarzam dokładnie zaplanowanych, nie mających jakichkolwiek mankamentów pod względem public relations, o czym nie można było powiedzieć z akcją w sklepie Kaczyńskiego. No, ale raczej wspomnianej opcji wytwarzanie wokół PO negatywnego wizerunku, nie należy tak bardzo wiązać z jakimś głębszym skierowaniem w stronę biedniejszego elektoratu. Zła sytuacja zaprowadzona przez Donalda Tuska dotyczy wszystkich Polaków.
No i teraz trzeba rozważyć druga opcję. Z którą niewątpliwie jest związana po prostu walka z biurokracją. Tej symbolem mogłaby być walka o zwolnienie 100 tys. urzędników zatrudnionych za rządów Platformy Obywatelskiej. Miałoby to bardzo dobry efekt wizerunkowy w mojej ocenie. Bardzo miło było mi było, gdyby to zostało rozszerzone o konkretne projekty związane z wolnością gospodarczą, konieczne naszemu państwu jak wręcz powietrze. Tego oczekuję, jako wyborca. Naprawdę dobrym krokiem, byłoby podjęcie tematu wspomnianej wolności gospodarczej przez tę "frakcję".
Na koniec chciałbym zapewnić, że nie rozważam oddania głosu na Platformę Obywatelską. Jeśli już to na PiS lub Nową Prawicę(JKM). Czas z pewnością wyklaruje zwycięzcę walki o mój głos.
Pozostaje tylko jakie kryterium będzie wzięte pod uwagę przy strategii PiS- odnośnie kampanii w sprawach gospodarczych. Czy dotarcie do elektoratu roszczeniowego? Czy też liberalnego, młodego, dążącego do dorobku, po prostu takich jak ja?
Pierwsza opcja wydaje się prosta ze względu na zbliżające się załamanie finansów państwa i związany z tym konstytucyjny nakaz wprowadzenia budżetu bez deficytu. Tylko pytanie czy wyborcy odczują to na tyle dotkliwie przed wyborami, by zagłosować na PiS? Obawiam się, że będzie to tak bardzo kryte, że wyborcy nie będą nawet wiedzieli o zbliżającej się zapaści.
Przy okazji tej opcji należy rozważać sens takich populistycznych propozycji jak podatek od banków czy dodatek drożyźniany, które będą tak naprawdę prędzej czy później uderzać w polskiego podatnika. A tego typu rozwiązania na "tu i teraz" nie mogą być realizowane w jakikolwiek sposób. W sumie wystarczy tylko tzw. czarny PR w postaci dokładnie zaplanowanych akcji związanych z drożyzną, stanem portfeli polaków. Powtarzam dokładnie zaplanowanych, nie mających jakichkolwiek mankamentów pod względem public relations, o czym nie można było powiedzieć z akcją w sklepie Kaczyńskiego. No, ale raczej wspomnianej opcji wytwarzanie wokół PO negatywnego wizerunku, nie należy tak bardzo wiązać z jakimś głębszym skierowaniem w stronę biedniejszego elektoratu. Zła sytuacja zaprowadzona przez Donalda Tuska dotyczy wszystkich Polaków.
No i teraz trzeba rozważyć druga opcję. Z którą niewątpliwie jest związana po prostu walka z biurokracją. Tej symbolem mogłaby być walka o zwolnienie 100 tys. urzędników zatrudnionych za rządów Platformy Obywatelskiej. Miałoby to bardzo dobry efekt wizerunkowy w mojej ocenie. Bardzo miło było mi było, gdyby to zostało rozszerzone o konkretne projekty związane z wolnością gospodarczą, konieczne naszemu państwu jak wręcz powietrze. Tego oczekuję, jako wyborca. Naprawdę dobrym krokiem, byłoby podjęcie tematu wspomnianej wolności gospodarczej przez tę "frakcję".
Na koniec chciałbym zapewnić, że nie rozważam oddania głosu na Platformę Obywatelską. Jeśli już to na PiS lub Nową Prawicę(JKM). Czas z pewnością wyklaruje zwycięzcę walki o mój głos.
sobota, 26 marca 2011
"Śniadanie mistrzów" czyli przeprosiny celebrytów z Platformą
Przyznam szczerze nie miałem okazji obejrzeć programu Mellera. Jednak z rożnych relacji, wynika właściwie jedno w mniejszym lub większym stopniu: ten program miał cel pogodzenie celebrytów z Donaldem Tuskiem. I tak się stało. Nie było już tak drastycznej krytyki, której przykładem był list Marcina Mellera opublikowany na Facebooku. Widzowie zapewne odczuli już zdecydowanie lżejszą krytykę, taką na pokaz. Została ona skutecznie odparta przez premiera, poprzez najprostsze sztuczki z zakresu public relations.
Miałem pewne złudzenia co do postawy Mellera, Hołdysa i innych. Jednak zostały one doszczętnie zmyte. Dzisiejszy program był pewną formą odbicia się, pana premiera, z pozycji niekorzystnej medialnie.
Jak dowiedziałem się, Hołdys wyrażał nadzieję, że w tym programie oprócz premiera będą inni liderzy formacji. Niewątpliwie chciałbym by wykorzystał tego typu możliwość Jarosław Kaczyński. Może i owszem celebryci wykazywaliby swoją "niepokorność". Jednak dla dobrze przygotowanego do tego spotkania prezesa PiS, byłoby to czymś pozwalającym na przełamanie medialnego impasu, a to jest konieczne w każdym scenariuszu zwycięstwa PiS. Nawet tego zakładającego zdecydowane zwycięstwo PiS bez konieczności koalicji, tak jak było to w przypadku Victora Orbana. Jego jednak należy porównywać pod względem siły artylerii medialnej do Donalda Tuska. Wiem to boleć może twardy elektorat PiS, ale bez PR, IV RP nie będzie po prostu możliwa.
Miałem pewne złudzenia co do postawy Mellera, Hołdysa i innych. Jednak zostały one doszczętnie zmyte. Dzisiejszy program był pewną formą odbicia się, pana premiera, z pozycji niekorzystnej medialnie.
Jak dowiedziałem się, Hołdys wyrażał nadzieję, że w tym programie oprócz premiera będą inni liderzy formacji. Niewątpliwie chciałbym by wykorzystał tego typu możliwość Jarosław Kaczyński. Może i owszem celebryci wykazywaliby swoją "niepokorność". Jednak dla dobrze przygotowanego do tego spotkania prezesa PiS, byłoby to czymś pozwalającym na przełamanie medialnego impasu, a to jest konieczne w każdym scenariuszu zwycięstwa PiS. Nawet tego zakładającego zdecydowane zwycięstwo PiS bez konieczności koalicji, tak jak było to w przypadku Victora Orbana. Jego jednak należy porównywać pod względem siły artylerii medialnej do Donalda Tuska. Wiem to boleć może twardy elektorat PiS, ale bez PR, IV RP nie będzie po prostu możliwa.
czwartek, 24 marca 2011
Polityka Jagielońska - realna?
Przy okazji jakiejkolwiek dyskusji nt. polityki zagranicznej Polski i koncepcji Jagielońskiej, forsowanej przez śp. Lecha Kaczyńskiego pojawiają się zarzuty dotyczące braku realizmu tej opcji i jej małych efektów. Tego typu przypuszczenia opierają się na odwołań do koncepcji romantycznych w stylu "Za wolność, waszą i naszą ...", czego przykładem mogłaby być interwencja śp. Prezydenta przy wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Owszem mogło by to się wydawać dość niedorzeczne, z racjonalnego punktu widzenia. W mojej ocenie może to stanowić tylko swoisty dodatek do tej koncepcji, a nie jej główną część.
Prawda jest taka, że Rosja rozmawia jak równy z równym tylko z mocarstwami. A Polska sama takim nie jest. Siłą naszego państwa są sojusze. Wielu mogłoby przywołać Unię Europejską i NATO. Tak, tylko czy ktoś pamięta nasz sojusz z Francją i Anglia przed II wojna światową albo Ligę Narodów? Gwoli przypomnienia były to nieskuteczne formy obrony naszego państwa przed agresją. Dzisiaj w związku z tym stoimy przed dylematem albo iść z głównym nurtem UE i tym samym być wypychanym w stronę rosyjskiej sfery wpływów, albo budować silną pozycję wobec Rosji, w postaci sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej.
Można także przypomnieć zarzut stawiany przed śmiercią śp. Lecha Kaczyńskiego o nieskuteczności tej polityki o czym ma świadczyć przykład zmiany polityki na Litwie i Ukrainie. Owszem coś w tym racji jest, że ten model wymagał by pewnego rodzaju elastyczności. Aczkolwiek tutaj mamy też do czynienia z 2 wariantami. Pierwszy zakładał by trudną bardziej ograniczoną współpracę z prorosyjskimi politykami jak Janukowycz czy (zmienny) Łukaszenka. Jest to dość niewątpliwie trudne i wymaga dużych nakładów pracy. Drugim bardziej w mojej ocenie korzystnym byłoby pełne wykorzystanie Partnerstwa Wschodniego do pobudzenia środowisk pro-zachodnich chociażby znanych z pomarańczowej rewolucji. Do tego jednak potrzeba realnego działania PW, a nie jej fasady jaką oferuje nam pan premier Donald Tusk.
Podsumowując tego rodzaju sojusz może być czasem silniejszy, czasem słabszy. Jednak to jest zdecydowanie lepszy krok niż "przyjaźń" z Rosją, na jej warunkach. Polska ma wartość, trzeba jej tylko nie zmarnować.
PS. No i przepraszam za dłuższy okres absencji.
Prawda jest taka, że Rosja rozmawia jak równy z równym tylko z mocarstwami. A Polska sama takim nie jest. Siłą naszego państwa są sojusze. Wielu mogłoby przywołać Unię Europejską i NATO. Tak, tylko czy ktoś pamięta nasz sojusz z Francją i Anglia przed II wojna światową albo Ligę Narodów? Gwoli przypomnienia były to nieskuteczne formy obrony naszego państwa przed agresją. Dzisiaj w związku z tym stoimy przed dylematem albo iść z głównym nurtem UE i tym samym być wypychanym w stronę rosyjskiej sfery wpływów, albo budować silną pozycję wobec Rosji, w postaci sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej.
Można także przypomnieć zarzut stawiany przed śmiercią śp. Lecha Kaczyńskiego o nieskuteczności tej polityki o czym ma świadczyć przykład zmiany polityki na Litwie i Ukrainie. Owszem coś w tym racji jest, że ten model wymagał by pewnego rodzaju elastyczności. Aczkolwiek tutaj mamy też do czynienia z 2 wariantami. Pierwszy zakładał by trudną bardziej ograniczoną współpracę z prorosyjskimi politykami jak Janukowycz czy (zmienny) Łukaszenka. Jest to dość niewątpliwie trudne i wymaga dużych nakładów pracy. Drugim bardziej w mojej ocenie korzystnym byłoby pełne wykorzystanie Partnerstwa Wschodniego do pobudzenia środowisk pro-zachodnich chociażby znanych z pomarańczowej rewolucji. Do tego jednak potrzeba realnego działania PW, a nie jej fasady jaką oferuje nam pan premier Donald Tusk.
Podsumowując tego rodzaju sojusz może być czasem silniejszy, czasem słabszy. Jednak to jest zdecydowanie lepszy krok niż "przyjaźń" z Rosją, na jej warunkach. Polska ma wartość, trzeba jej tylko nie zmarnować.
PS. No i przepraszam za dłuższy okres absencji.
środa, 23 lutego 2011
Służba zdrowia może i musi być prywatna
W kampanii wyborczej z 2007 jak i 2010 jednym z tematów przewodnich była służba zdrowia, a dokładniej prywatyzacja szpitali. Niewątpliwie była to propozycja niezwykle kontrowersyjna ze względu na min. ujawnione informacje dot. "kręcenia lodow" przez Beatę Sawicką. Odbierany przez społeczeństwo obraz niewątpliwie był podobny do tego z jakim mieliśmy do czynienia w latach 90. z planem Balcerowicza czy PPP (Programem Powszechnej Prywatyzacji). I to miało pewne podstawy merytoryczne. Bynajmniej nie takie jakie stawiało Prawo i Sprawiedliwość.
Muszę przypomnieć, że w założeniach prywatyzacji ( czy tam komercjalizacji diabli wiedzą już) szpitali nadal kasa miała spływać z NFZ-u. więc jako takiego zagrożenia dla życia ludzkiego nie było. Było zupełnie inne zagrożenie. Otóż ta propozycja to nic innego jak Partnerstwo Publiczno-prywatne. a tego typu hybrydy wymagają bardzo szczegółowych, aż do przesady zapisów prawnych, po to by nie umożliwić dili urzędnikom i prywatnym właścicielom szpitali kosztem pacjentów. A mielibyśmy z takim czymś do czynienia dosyć często gdyż każda prywatny właściciel prywatny będzie chciał jak najwięcej wydusić z cytryny zwanej finansami publicznymi. Także tego typu rozwiązania wymagają bardzo szczegółowo opracowanych przepisów prawnych, ale z tym zawsze w naszym kraju było na bakier. Także pozostają 2 możliwości albo w pełni prywatna albo w pełni państwowa (publiczna).
Jestem zwolennikiem tej pierwszej opcji z uwagi na czystsze i prostsze formy jej funkcjonowania. A rozumiem także lęk i strach osób biedniejszych przed tym, że mogą stracić opiekę zdrowotną. Jednak muszę zauwazyć, że nawet państwo nie zapewnia, a nawet pozbawia wiele osób poprzez wiele decyzji urzędniczych dotyczących chociażby limitów dla szpitali na chemioterapię, leczenie różnych wyjątkowych naprawdę chorób. Pomimo tego, że zarządzają naszymi pieniędzmi mogą odebrać nam nawet życie. Wielu interwencjonistów przyzna, że to absurd.
A jak jest ich najczęściej odpowiedź? W stylu "socjalizm-tak, wypaczenia-nie". Otóż wypaczenia zawsze w tym powiedzmy sobie szczerze chorym systemie będą. I wiem, że wielu chciałoby by wzrost środków na służbę zdrowia pomógł. To jest jednak wykluczone w sytuacji, gdy odcinamy tę branżę od bodźców wysyłanych przez rynek. Państwowa służba zdrowia jest workiem bez dna. Damy palec, a weźmie rękę. I tak w nieskończoność, aż do nawet "bankructwa" państwa.
No to pozostaje nam prywatna służba zdrowia. Ona budzi lęk i strach osób biedniejszych, jednak niesłuszny. Otóż wraz z pełnym funkcjonowaniem prywatnego lecznictwa, pacjent staje się konsumentem. A to on decyduje na co wydać swoje pieniądze. Musi być bezpośredni nacisk przez pacjenta na lekarzy, pielęgniarki itd.
Skro już jestem przy tym bezpośrednim nacisku, to muszę zdementować to, że lecznictwo w USA jest w pełni prywatne. Tam państwo już częściowo oferuje publiczną służbę zdrowia dla najbiedniejszych, która funkcjonuje tak samo słabo jak w Polsce. I bynajmniej nie od czasu reform Obamy tylko od czasów New Dealu. Obama tylko rozszerzył publiczne ubezpieczenia zdrowotne na większą liczbę amerykanów( co oczywiście dobre nie jest). Dalej istnieje pewnego rodzaju zabetonowanie rynku ubezpieczeń za sprawą także państwa.
Z resztą kiepskie funkcjonowanie ubezpieczeń przypominałby przypadek z ewentualnym programem publiczno-prywatnym dla służby zdrowia powstałym w wyniku prywatyzacji szpitali. Po prostu w tym wypadku szpital, przychodnia chce wycisnąć jak najwięcej pieniędzy z ubezpieczyciela, a tym samym koszta ubezpieczeń rosną. Jeśli już to ubezpieczenia polecałbym osobom, które mają ciężkie przypadki wymagające kosztownej rehabilitacji, operacji itd. Jest jednak tez inny wariant.
Mianowicie zdrowotne konta oszczędnościowe. Po prostu na nich oszczędzalibyśmy pieniądze na "czarną godzinę". A zapewniam, że to jest możliwe nawet z regularnego odkładania dzisiejszej składki zdrowotnej. Z resztą koszta leczenia byłyby tańsze ze względu na wprowadzenie w pełni wolnego rynku usług zdrowotnych, a tym samym mechanizmu konkurencji, który się po prostu sprawdzał w wielu dziedzinach gospodarki. dlaczego miałby się nie sprawdzać w służbie zdrowia?
Oczywiście wybór powinien należeć do każdego z osobna, którą z możliwości na prywatnym rynku zdrowotnym chce zastosować. Nie może istnieć przymus do danej formy, tak jak to było w latach 80. bodajże w Szwajcarii. Jednak pomimo tego przymusu ten prywatne ubezpieczenia się sprawdziły, o dziwo.
Na koniec muszę zauważyć, że problem biedy i lęku przed prywatną służbą zdrowia wynika z działalności polityków. To oni uniemożliwiają wyjście na prostą samemu poprzez działalność gospodarczą, dorabianie itd. Skazują obywateli na popieranie jałmużny w formie różnego rodzaju zapomóg. Musimy być tego świadomi bez tego jakiekolwiek zmiany są niemożliwe.
Muszę przypomnieć, że w założeniach prywatyzacji ( czy tam komercjalizacji diabli wiedzą już) szpitali nadal kasa miała spływać z NFZ-u. więc jako takiego zagrożenia dla życia ludzkiego nie było. Było zupełnie inne zagrożenie. Otóż ta propozycja to nic innego jak Partnerstwo Publiczno-prywatne. a tego typu hybrydy wymagają bardzo szczegółowych, aż do przesady zapisów prawnych, po to by nie umożliwić dili urzędnikom i prywatnym właścicielom szpitali kosztem pacjentów. A mielibyśmy z takim czymś do czynienia dosyć często gdyż każda prywatny właściciel prywatny będzie chciał jak najwięcej wydusić z cytryny zwanej finansami publicznymi. Także tego typu rozwiązania wymagają bardzo szczegółowo opracowanych przepisów prawnych, ale z tym zawsze w naszym kraju było na bakier. Także pozostają 2 możliwości albo w pełni prywatna albo w pełni państwowa (publiczna).
Jestem zwolennikiem tej pierwszej opcji z uwagi na czystsze i prostsze formy jej funkcjonowania. A rozumiem także lęk i strach osób biedniejszych przed tym, że mogą stracić opiekę zdrowotną. Jednak muszę zauwazyć, że nawet państwo nie zapewnia, a nawet pozbawia wiele osób poprzez wiele decyzji urzędniczych dotyczących chociażby limitów dla szpitali na chemioterapię, leczenie różnych wyjątkowych naprawdę chorób. Pomimo tego, że zarządzają naszymi pieniędzmi mogą odebrać nam nawet życie. Wielu interwencjonistów przyzna, że to absurd.
A jak jest ich najczęściej odpowiedź? W stylu "socjalizm-tak, wypaczenia-nie". Otóż wypaczenia zawsze w tym powiedzmy sobie szczerze chorym systemie będą. I wiem, że wielu chciałoby by wzrost środków na służbę zdrowia pomógł. To jest jednak wykluczone w sytuacji, gdy odcinamy tę branżę od bodźców wysyłanych przez rynek. Państwowa służba zdrowia jest workiem bez dna. Damy palec, a weźmie rękę. I tak w nieskończoność, aż do nawet "bankructwa" państwa.
No to pozostaje nam prywatna służba zdrowia. Ona budzi lęk i strach osób biedniejszych, jednak niesłuszny. Otóż wraz z pełnym funkcjonowaniem prywatnego lecznictwa, pacjent staje się konsumentem. A to on decyduje na co wydać swoje pieniądze. Musi być bezpośredni nacisk przez pacjenta na lekarzy, pielęgniarki itd.
Skro już jestem przy tym bezpośrednim nacisku, to muszę zdementować to, że lecznictwo w USA jest w pełni prywatne. Tam państwo już częściowo oferuje publiczną służbę zdrowia dla najbiedniejszych, która funkcjonuje tak samo słabo jak w Polsce. I bynajmniej nie od czasu reform Obamy tylko od czasów New Dealu. Obama tylko rozszerzył publiczne ubezpieczenia zdrowotne na większą liczbę amerykanów( co oczywiście dobre nie jest). Dalej istnieje pewnego rodzaju zabetonowanie rynku ubezpieczeń za sprawą także państwa.
Z resztą kiepskie funkcjonowanie ubezpieczeń przypominałby przypadek z ewentualnym programem publiczno-prywatnym dla służby zdrowia powstałym w wyniku prywatyzacji szpitali. Po prostu w tym wypadku szpital, przychodnia chce wycisnąć jak najwięcej pieniędzy z ubezpieczyciela, a tym samym koszta ubezpieczeń rosną. Jeśli już to ubezpieczenia polecałbym osobom, które mają ciężkie przypadki wymagające kosztownej rehabilitacji, operacji itd. Jest jednak tez inny wariant.
Mianowicie zdrowotne konta oszczędnościowe. Po prostu na nich oszczędzalibyśmy pieniądze na "czarną godzinę". A zapewniam, że to jest możliwe nawet z regularnego odkładania dzisiejszej składki zdrowotnej. Z resztą koszta leczenia byłyby tańsze ze względu na wprowadzenie w pełni wolnego rynku usług zdrowotnych, a tym samym mechanizmu konkurencji, który się po prostu sprawdzał w wielu dziedzinach gospodarki. dlaczego miałby się nie sprawdzać w służbie zdrowia?
Oczywiście wybór powinien należeć do każdego z osobna, którą z możliwości na prywatnym rynku zdrowotnym chce zastosować. Nie może istnieć przymus do danej formy, tak jak to było w latach 80. bodajże w Szwajcarii. Jednak pomimo tego przymusu ten prywatne ubezpieczenia się sprawdziły, o dziwo.
Na koniec muszę zauważyć, że problem biedy i lęku przed prywatną służbą zdrowia wynika z działalności polityków. To oni uniemożliwiają wyjście na prostą samemu poprzez działalność gospodarczą, dorabianie itd. Skazują obywateli na popieranie jałmużny w formie różnego rodzaju zapomóg. Musimy być tego świadomi bez tego jakiekolwiek zmiany są niemożliwe.
poniedziałek, 21 lutego 2011
Mity o wolnym rynku: Państwo musi zacząć inwestycje
Do poruszenia tej kwestii pobudziły mnie słowa z odpowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na parę komentarzy internautów. Padły tam min słowa o tym, że bogactwo nie bierze się z powietrza. Z tego typu argumentacją można spotkać się w przypadku np. czy można było odbudować Polskę po II wojnie światowej oraz czy można to zrobić w wielu przypadkach związanych z różnego rodzaju kataklizmami czy wojnami.
Argumentacja jak najczęściej pada to taka, że nie ma kapitału, który pozwolił by na odbudowę gospodarki i państwa. A jeżeli ktoś z śmie stwierdzić, że jest to jest traktowany jako czubek z wariatkowa. W związku z tym muszę zadać banalne pytanie. Czy kapitałem nie jest praca ludzi? Oczywiście, że jest. Mogę wręcz powiedzieć, że jest wspomnianym powietrzem. No i należałoby do tego dodać nawet drobne oszczędności czy też kosztowności. Naprawdę drobne. I to naprawdę przynosi bogactwo.
prostym przykładem cudu jest Polska na początku lat 90. Kompletne spustoszenie spowodowane funkcjonowaniem modelu socjalistycznej gospodarki. A jednak szybko powstawały nowe miejsca pracy, pomimo tego, że państwowych inwestycji nie było. W 1988 roku wprowadzono tak zwaną ustawę Wilczka. Pozostawiała bodajże tylko 4 dziedziny gospodarki pod kontrolą państwa za sprawą koncesji i tego typu rzeczy. W rok po uchwaleniu tej ustawy powstało 2,5 mln nowych miejsc pracy. Wzrosło PKB.
Z czego to wszystko wynikało? Ano z tego, że państwo przestało przeszkadzać w działaniu. Ani też nie pomagało (nie mówię tu o elitach PZPR bo to inna kwestia). Powstawały firmy, sklepy, były w końcu towary w sklepach. Czy naprawdę kapitał ludzki nie działał?
Oczywiście wielu mogłoby powiedzieć, że gdyby nie państwo nie byłoby dróg, szkolnictwa itd. A ja się pytam skąd wiecie jak by było skoro nie można było tego sprawdzić? Wróżyć z fusów można dużo. Ludzie jeżeli chcą czegoś to umieją to zbudować własnymi rękoma. Trzeba im tylko zaufać. Jak łatwo zauważyć pomimo różnych politycznych frazesów gołym okiem widać, że politycy mają dorosłych ludzi za dzieci, które trzeba prowadzić za rączkę. A jeszcze wielu temu przytakuje z lęku, strachu jacy politycy wzbudzają chociażby prywatyzacją służby zdrowia, ale to raczej już temat na najpewniej następną notkę.
Argumentacja jak najczęściej pada to taka, że nie ma kapitału, który pozwolił by na odbudowę gospodarki i państwa. A jeżeli ktoś z śmie stwierdzić, że jest to jest traktowany jako czubek z wariatkowa. W związku z tym muszę zadać banalne pytanie. Czy kapitałem nie jest praca ludzi? Oczywiście, że jest. Mogę wręcz powiedzieć, że jest wspomnianym powietrzem. No i należałoby do tego dodać nawet drobne oszczędności czy też kosztowności. Naprawdę drobne. I to naprawdę przynosi bogactwo.
prostym przykładem cudu jest Polska na początku lat 90. Kompletne spustoszenie spowodowane funkcjonowaniem modelu socjalistycznej gospodarki. A jednak szybko powstawały nowe miejsca pracy, pomimo tego, że państwowych inwestycji nie było. W 1988 roku wprowadzono tak zwaną ustawę Wilczka. Pozostawiała bodajże tylko 4 dziedziny gospodarki pod kontrolą państwa za sprawą koncesji i tego typu rzeczy. W rok po uchwaleniu tej ustawy powstało 2,5 mln nowych miejsc pracy. Wzrosło PKB.
Z czego to wszystko wynikało? Ano z tego, że państwo przestało przeszkadzać w działaniu. Ani też nie pomagało (nie mówię tu o elitach PZPR bo to inna kwestia). Powstawały firmy, sklepy, były w końcu towary w sklepach. Czy naprawdę kapitał ludzki nie działał?
Oczywiście wielu mogłoby powiedzieć, że gdyby nie państwo nie byłoby dróg, szkolnictwa itd. A ja się pytam skąd wiecie jak by było skoro nie można było tego sprawdzić? Wróżyć z fusów można dużo. Ludzie jeżeli chcą czegoś to umieją to zbudować własnymi rękoma. Trzeba im tylko zaufać. Jak łatwo zauważyć pomimo różnych politycznych frazesów gołym okiem widać, że politycy mają dorosłych ludzi za dzieci, które trzeba prowadzić za rączkę. A jeszcze wielu temu przytakuje z lęku, strachu jacy politycy wzbudzają chociażby prywatyzacją służby zdrowia, ale to raczej już temat na najpewniej następną notkę.
sobota, 19 lutego 2011
Patriotyzm gospodarczy -tak, ale dobrowolny
Jak wszyscy wiemy miał miejsce debiut roku jako blogera Jarosława Kaczyńskiego. Szczerze życzę mu powodzenia i wytrwałości. A teraz przejdźmy do głównej tezy jego notki czyli "patriotyzmu gospodarczego".
Przede wszystkim w żadnym wypadku nie mogę się zgodzić na przymusowy patriotyzm gospodarczy w formie utrzymywania państwowych przedsiębiorstw, najczęściej nierentownych. Niech je trafi szlag by na ich miejsce powstało coś nowego bardziej wydajnego i służące Polsce i Polakom, nawet jeśli to byłaby zagraniczna firma. Oczywiście mam na myśli przedsiębiorstwa. Bo ja wykluczam coś takiego jak sprzedaż państwu rosyjskiemu czy zależnym od niego podmiotom ze względu na naciski polityczne. Ale dlaczego to ma wykluczyć rzeczywistą prywatyzację czyli sprzedaży własności podmiotom w pełni prywatnym? W imię czego? Złudzenia o sprawnie funkcjonującym państwowym przedsiębiorstwie. No dajcież spokój.
Muszę zwrócić uwagę na argumentację o braku polskiej konkurencji. Nie ma jej bo jest ciągle blokowana przez rozmaite koncesje, zezwolenia itd. Nie należy wspierać przedsiębiorstw, tylko zapewnić im równą pozycję na rynku i wobec prawda. Bynajmniej nie poprzez wyrównywanie kapitałów. To droga donikąd. Czy odizolowanie od rynku czemuś dobremu służy nie? Przekonaliśmy się o tym w 1989 roku i nadal nie wyciągamy jakichkolwiek wniosków.
Do analizy jest jeszcze chociażby kwestia ucieczki kapitału chociażby poprzez oddziały banków. Wiele osób nie zauważa, że gospodarka jest zamkniętym kołem. Te pieniądze co od nas jakiś Niemiec czy Rosjanin zdobył, wracają prędzej czy później. No chyba, że podejrzewamy kogoś o to, że pieniądze zakopuje w ziemię na x lat, jak w jeden ze sług w biblijnej przypowieści o talentach. No to ja już na to nie mam co odpowiedzieć, bo to już brzmi naprawdę jak hiper-teoria spiskowa.
Można także powołać się, na argumentację, że inne państwa tak robią, to my też. To jest zła droga ze względu na różne uwarunkowania. Z resztą państwa te przekonują się, że te rozwiązania im szkodzą. widać to chociażby w przypadku pakietu stymulacyjnego Obamy. Na dłuższą metę, takie rozwiązania nie przynoszą nic dobrego, wręcz katastrofę, tylko odłożoną w czasie.
Podsumowując państwo poprzez ingerencję w gospodarkę, tylko szkodzi. Sami sobie stwarzamy problemy. Jak mawiał Stefan Kisielewski: "Socjalizm to ustrój walczący z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju." I niech to będzie dobra puenta tej notki. Chcecie wspierać kapitał polski róbcie to sami, nikogo nie przymuszajcie.
Przede wszystkim w żadnym wypadku nie mogę się zgodzić na przymusowy patriotyzm gospodarczy w formie utrzymywania państwowych przedsiębiorstw, najczęściej nierentownych. Niech je trafi szlag by na ich miejsce powstało coś nowego bardziej wydajnego i służące Polsce i Polakom, nawet jeśli to byłaby zagraniczna firma. Oczywiście mam na myśli przedsiębiorstwa. Bo ja wykluczam coś takiego jak sprzedaż państwu rosyjskiemu czy zależnym od niego podmiotom ze względu na naciski polityczne. Ale dlaczego to ma wykluczyć rzeczywistą prywatyzację czyli sprzedaży własności podmiotom w pełni prywatnym? W imię czego? Złudzenia o sprawnie funkcjonującym państwowym przedsiębiorstwie. No dajcież spokój.
Muszę zwrócić uwagę na argumentację o braku polskiej konkurencji. Nie ma jej bo jest ciągle blokowana przez rozmaite koncesje, zezwolenia itd. Nie należy wspierać przedsiębiorstw, tylko zapewnić im równą pozycję na rynku i wobec prawda. Bynajmniej nie poprzez wyrównywanie kapitałów. To droga donikąd. Czy odizolowanie od rynku czemuś dobremu służy nie? Przekonaliśmy się o tym w 1989 roku i nadal nie wyciągamy jakichkolwiek wniosków.
Do analizy jest jeszcze chociażby kwestia ucieczki kapitału chociażby poprzez oddziały banków. Wiele osób nie zauważa, że gospodarka jest zamkniętym kołem. Te pieniądze co od nas jakiś Niemiec czy Rosjanin zdobył, wracają prędzej czy później. No chyba, że podejrzewamy kogoś o to, że pieniądze zakopuje w ziemię na x lat, jak w jeden ze sług w biblijnej przypowieści o talentach. No to ja już na to nie mam co odpowiedzieć, bo to już brzmi naprawdę jak hiper-teoria spiskowa.
Można także powołać się, na argumentację, że inne państwa tak robią, to my też. To jest zła droga ze względu na różne uwarunkowania. Z resztą państwa te przekonują się, że te rozwiązania im szkodzą. widać to chociażby w przypadku pakietu stymulacyjnego Obamy. Na dłuższą metę, takie rozwiązania nie przynoszą nic dobrego, wręcz katastrofę, tylko odłożoną w czasie.
Podsumowując państwo poprzez ingerencję w gospodarkę, tylko szkodzi. Sami sobie stwarzamy problemy. Jak mawiał Stefan Kisielewski: "Socjalizm to ustrój walczący z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju." I niech to będzie dobra puenta tej notki. Chcecie wspierać kapitał polski róbcie to sami, nikogo nie przymuszajcie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)